images

KULTURA JAZDY – CZYLI O KIEROWCACH SŁÓW KLIKA

Istnieje kultura osobista, czasem nabyta lub wrodzona, ale jest jeszcze takie pojęcie jak „kultura jazdy”, która wcale nie powinna być odrębną kwestią.

W Drezdenku na ogół wszyscy się znają, jeśli nie osobiście, to z widzenia. Nasze rejestracje samochodowe zaczynające się od „FSD” społeczeństwo zwykło odczytywać jako Fabryka Samochodów Drezdenko, nie bez kozery, gdyż na terenie miasta jest kilka komisów samochodowych. Posiadanie samochodu dziś już nie jest luksusem, ale posiadanie dobrych manier i przestrzeganie kultury jazdy – świadczy bardzo dobrze o kierowcy i usprawnia ruch w mieście. Kultura jazdy – tego pojęcia nie znajdziemy w kodeksie ruchu drogowego, choć w Ośrodkach Szkolenia Kierowców podczas prowadzonej przez instruktorów teorii kursanci mogą dowiedzieć się, dlaczego warto na przykład, stojąc w sznurze samochodów zrobić miejsce dla kierowcy, który chce zjechać na nasz pas. Pamiętam, gdy podczas kursu prawa jazdy w Poznaniu mój instruktor łapał delikatnie za moją kierownicę i spokojnym tonem oznajmiał „przepuść go, niech jedzie”. Gest podziękowania – uniesienie dłoni – był dla mnie zawsze bezcenny. Nigdy nie doświadczyłam w mojej przygodzie kursu prawa jazdy agresji za „kółkiem”, a krzyczenie na świeżo upieczonych kierowców uważam za bezsensowne. Każdy z nas był kiedyś żółtodziobem w tej dziedzinie, a trening czyni mistrza. Dla mnie osobiście jazda samochodem to forma relaksu, szczególnie na dłuższych trasach. Mam świadomość tego, iż nie jestem jedyną użytkowniczką dróg, staram się współgrać z innymi kierowcami. Nie obrażam się na Mercedesa, gdy mnie wyprzedza i nie przyspieszam, by mu to utrudnić. Nie obrażam się również na właściciela BMW, który na wylocie z Poznania niemal wjechał we mnie zmieniając pas, na szczęście dźwięk mojego klaksonu szybko go zmitygował. Zdarza się i mnie popełniać błędy, choć staram się ich unikać. Najtrudniej jest wyjeżdżać z zatłoczonych parkingów. Trzeba mieć oczy dookoła głowy, ale i to czasem nie wystarcza. W ostatniej chwili orientujesz się, że tuż za zadaszeniem dla wózków na zakupy wyjeżdża Mercedes, hamujesz szybko, ale on i tak wjeżdża pod same koła i trzyma uparcie rękę na klaksonie wykrzykując jakieś wulgarne słowa. Gdyby posiadał kulturę jazdy, zatrzymałby się dużo wcześniej i zamrugał długimi światłami, które „mówią” – jedź, oddaję ci pierwszeństwo. Kierowca Mercedesa jednak tak nie postąpił. Czasem mam wrażenie, że kierowcy zapomnieli już po co usytuowane są pasy na ulicy. Bywa, że znajdują się w dość niebezpiecznych miejscach, bo tuż za ostrym zakrętem obrośniętym drzewkami. Są takie sytuacje, gdzie starsza pani stoi przed wejściem na pasy i czeka aż ktoś łaskawie zatrzyma się. Każdy jedzie szybko, nikt nie myśli o tym, żeby zahamować – e tam, jedna osoba przed pasami, może sobie poczekać. Na litość Boską, jeśli ja zatrzymuję się z jednej strony jezdni, by pieszy mógł przejść, to ty Kierowco z naprzeciwka też zatrzymaj się – te 30 sekund nie spowoduje żadnej różnicy w czasie. Jadąc z Kosina do Drezdenka, zastanawiam się, nierzadko, po co na skrzyżowaniu stoi wielki kamień utrudniający ruch kierowcom, ale dochodzę do wniosku, że skoro jest tam już tyle lat, to trzeba się do niego przyzwyczaić, a nawet go polubić. W godzinach szczytu ciężko jest wyjechać ze skrzyżowania – ruch jak w Paryżu! Ale nawet w takich sytuacjach zasada „kultury jazdy” mogłaby znacznie ułatwić życie. Wystarczy to symboliczne mrugnięcie „długimi” światłami i lekkie przyhamowanie. W dzisiejszej pogoni mało kogo stać na takie gesty, szczególnie, że nie są one obowiązkiem i nie otrzymuje się za ich brak żadnych punktów karnych – nie, do tego nie dążę, gdyż te zasady powinny być jednak nieobowiązkowe. Kiedy byłam małą dziewczynką, uwielbiałam podróżować z moim tatą do różnych miast w Polsce na nocne giełdy warzywne. Było to dla mnie ogromną frajdą, podziwiałam tatę za to, że potrafił tak płynnie prowadzić auto, a przy tym panować jednocześnie nad trzema pedałami nożnymi i znać się na znakach drogowych. Wtedy ta podzielność uwagi wydawała mi się wręcz niemożliwa. Przemierzając z tatą kilometry czerwoną Toyotą, nauczyłam się już wtedy, czym jest kultura jazdy, choć dopiero kilka lat później potrafiłam to zdefiniować. Zawsze gdy ktoś stał na poboczu „na awaryjnych”, tata zatrzymywał się, by zapytać, co się stało i czy może jakoś pomóc. Bywało, że dzieliliśmy się paliwem z innym kierowcą lub pchaliśmy komuś auto. Któregoś razu zapytałam tatę, dlaczego pomógł panu stojącemu na uboczu, odpowiedział mi: „Kiedyś byłem w podobnej sytuacji, pomógł mi inny kierowca i wiesz, co powiedział? Nic za to nie chcę, ale jeśli ktoś znajdzie się w podobnej sytuacji, niech mu pan pomoże, tak jak ja panu”. I znowu wychodzi na to, że mój tata miał rację, bo dobro prędzej czy później zawsze do nas wraca. Sprawdza się to nawet w zasadach „kultury jazdy”. Nigdy nie zapomnę deszczowego poranka, gdy jadąc w Poznaniu do pracy na Wildę, mijałam oburzonych pieszych, których – dosłownie- podlewały wszystkie auta jadące przede mną. Kiedy przejeżdżałam obok starszego pana, przymrużył oczy i zasłaniał się dłońmi w obawie, że i ja ochlapię go wodą z kałuży. Przyhamowałam delikatnie zwalniając znacznie. Otworzył oczy z niedowierzaniem. Potem to ja otworzyłam oczy z niedowierzaniem, gdy stojąc na światłach i ziewając leniwie, ten sam pan zapukał do mojej szyby od strony pasażera. Uchyliłam ją, a on po prostu wsunął mi szybko przez szybę tabliczkę czekolady i życzył miłego dnia. Byłam tak zdezorientowana, że długo nie ruszałam na zielonym świetle, aż w końcu rozległ się dźwięk klaksonu tuż za moim samochodem. To są właśnie chwile, które lubię najbardziej, choć najmniej się ich spodziewam. Zamiast zatem przeklinać i trzaskać w kierownicę, gdy ktoś popełni błąd, starajmy się w pierwszej kolejności zacząć od siebie, w myśl zasady „szlachetny wymaga od siebie a głupiec od innych”. Ta zasada na pewno ułatwi życie wszystkim kierowcom.

Paulina Zych

Brak komentarzy

ZOSTAW KOMENTARZ

POPULARNE