Przeszłość inspiruje teraźniejszość, czyli jak uczono na Kresach

W „Gazecie Drezdeneckiej.pl” (wrzesień, październik 2013r.) opublikowałem dwuczęściowy artykuł pn. „W walce o wolną Polskę”. Traktuje on o działaniach partyzanckich i AK-owskich Ksawerego Czuczejki na Nowogródczyźnie, w latach 1942-1944. W artykule tym jest krótka wzmianka o Powszechnej Szkole Podstawowej w Zdzięciole (7.800 mieszk.) W związku z tym, iż całe moje życie zawodowe związane było ze szkołą, najpierw podstawową, później ze średnią, wątek ten postanowiłem rozszerzyć o nowe wiadomości, które w dużej mierze charakteryzują funkcjonowanie szkolnictwa polskiego na Kresach. W związku z tym 3 maja br. odbyłem kolejną rozmowę z Ksawerym Czuczejką (89 l.), członkiem Zarządu Powiatowego ZIW z siedzibą w Drezdenku, z nastawieniem na pozyskanie od niego jak najwięcej wiadomości związanych z funkcjonowaniem szkoły.
W Zdzięciole były dwie szkoły podstawowe polska na ul. Szkolnej i żydowska na ul. Młynarskiej. W miasteczku nie było natomiast ani gimnazjum, ani też liceum. Kto chciał się uczyć dalej, ten najczęściej wybierał Nowogródek. W szkole polskiej uczyły się także dzieci białoruskie i pewna liczba wyznawców religii mojżeszowej. Można przypuszczać, że do szkoły polskiej chodziły dzieci żydowskie z bogatszych rodzin, które zamierzały uczyć się dalej. W Zdzięciole był sierociniec tylko dla dziewcząt, usytuowany przy ul. Pałacowej. Z ochronki, bo tak ją wtedy nazywano, młodsze dziewczęta chodziły do polskiej szkoły; starsze uczyły się na miejscu, realizując program zawodowej szkoły krawieckiej. Codziennie z tego właśnie sierocińca przywożono do szkoły, w czasie dużej przerwy, herbatę lub kawę zbożową.
Ksawery Czuczejko mieszkał na ul. Kościelnej i do Podstawowej Szkoły Powszechnej miał niedaleko. W zimie, gdy szedł po zamarzniętym jeziorze Borduna, jeszcze bardziej skracał drogę i wtedy odległość ta wynosiła około 500m. Gdy wybuchła wojna, był już w siódmej klasie. Po zajęciu Kresów przez ZSRR wprowadzono w szkołach nowe programy i nowe porządki. Dyrektora Stanka ze Zdzięcioła wywieziono w nieznane, a jego miejsce zajęła Rosjanka Biełajewa. Uczniów klasy siódmej cofnięto do klasy piątej. W latach pierwszej okupacji sowieckiej Ksawery uczęszczał więc po raz kolejny nie tylko do klasy piątej, ale także i do szóstej. Ze swojej klasy pamięta Marcina Abłażeja, Macieja Urbanowicza, Piotra Burdunę, Longina Burdunę, Władysława Łatuszyńskiego. W czteroosobowej ławce szkolnej siedział razem z Edkiem Bronkowskim, Izaakiem Mańkowiczem, synem szklarza i Lejzerem Lejbowiczem, synem fotografa. Szkoła mieściła się w dwóch drewnianych budynkach, usytuowanych blisko siebie. W jednym były 4 izby lekcyjne i kancelaria, a w drugim 2 izby i sala gimnastyczna, która spełniała również rolę auli wykorzystywanej także na różne imprezy i codzienne apele szkolne. Klasy rozpoczynające naukę o godz. 8.00 miały obowiązek odpowiednio wcześniej zebrać się w sali gimnastycznej, gdzie wspólnie odśpiewano modlitwę, której początek według Ksawerego Czuczejki brzmiał następująco:
Ojcze z niebios Boże Panie,
Tu na ziemię ześlij nam
Twoje święte zmiłowanie,
Więc nad nami zlituj się…
Modlitwę śpiewały zarówno dzieci polskie jak i białoruskie, a także żydowskie. Na sali dyrektor szkoły, czyli Stanek, przekazywał komunikaty związane z funkcjonowaniem placówki oświatowej. Tu również wyróżniano i nagradzano uczniów, którzy przynosili chlubę szkole. W lecie, przy odpowiedniej pogodzie, apele odbywały się na żwirowym przyszkolnym boisku. Szkoła nie była skanalizowana. Po wodę chodziło się do dużej studni z żurawiem i drewnianym wiaderkiem. Z drugiej strony budynku głównego znajdowały się toalety. Od strony zaś południowej, przy obydwu budynkach były starannie wypielęgnowane ogródki, a w nich w lecie rosły tylko różnorodne kwiaty. Piece w pomieszczeniach szkolnych były kaflowe, ale ze względu na oszczędność palono w nich drewnem.
Klasy były koedukacyjne, a uczniowie stanowili jedność. Nie było podziału na grupy narodowościowe czy religijne, ale dziewczęta siedziały osobno. Jeśli chłopiec coś przeskrobał, to za karę sadzano go niekiedy w ławce z dziewczyną. Częściej jednak chłopcy dostawali w „łapę” linijką albo specjalnie przygotowanym do tego celu kijkiem. Za nieodrobienie lekcji na ogół zostawało się w „kozie”. Ławki były czteroosobowe, a pisano w nich zwykłym piórem, zakończonym stalówką, wykorzystując atrament z kałamarzy umieszczonych w ławkach.
Chłopców obowiązywały granatowe mundurki i granatowe rogatywki z orzełkami. Mundurki finansowali rodzice, a szyto je przeważnie u Żydów, którzy należność dość często rozkładali na raty. Dziewczęta mogły chodzić w strojach harcerskich lub szarych.
Obok szkoły znajdował się duży sklep spożywczy, będący własnością Żyda Mirskiego. Tu dzieci szkolne kupowały głównie bułki i to przeważnie na dużej przerwie; małe bułki po 5 lub duże po 10 groszy. Wewnątrz szkoły znajdował się sklepik, a w nim głównie przybory szkolne; sprzedawały w nim uczennice ze starszych klas.
Biblioteka była czynna codziennie, w godzinach popołudniowych, a prowadziła ją polonistka, pani Werońska. Uczeń zdający wypożyczoną wcześniej książkę, był odpytywany z jej treści. Zmuszało to nawet najbardziej leniwych do wnikliwego czytania tekstu książki.
Funkcję woźnego pełnił Lucjan Kowalewski, lat ok. 50-ciu. W Zdzięciole nie nosił on specjalnego stroju, który obowiązywał w niektórych szkołach na Kresach. A był to mundur kroju wojskowego i czapka w kolorze wojsk lotniczych. Mimo iż w budynkach szkolnych była już elektryczność, to woźny nadal posługiwał się dzwonkiem ręcznym.
Stałej higienistki w szkole nie było, ale na okresowe badania przychodziła ona z zewnątrz. O higienę w szkole dbali wszyscy nauczyciele, a jeśli idzie o poszczególne klasy, to wychowawcy odgrywali tu główną rolę.
Dzieci polskie i białoruskie miały religię raz w tygodniu, żydowskie zaś dwa razy. Osoby uczące religii: ksiądz, pop i rabin unikały się nawzajem. Ich przypadkowe spotkania owiane były chłodem, a rozmowy miały charakter zdawkowy. W każdej klasie wisiał krzyż z wizerunkiem Pana Jezusa. W sali gimnastycznej natomiast oprócz krzyża wisiały także portrety Ignacego Mościckiego i Józefa Piłsudskiego, a później Edwarda Rydza Śmigłego oraz duże godło państwowe.
Proboszczem parafii Zdzięcioł był ksiądz Żero, a po nim ks. Sawicki. Posługę kapłańską wykonywało także dwóch wikarych, a byli to ks. Bańkowski, który uczył religii w szkole i ks. Werpychowski, późniejszy kapelan jednego z oddziałów partyzanckich. Organistą był niejaki Jermaczek (ok. 50 l.). Ocena z religii była wystawiana na świadectwach szkolnych zaraz po sprawowaniu, gdyż przedmiot ten traktowano priorytetowo. Ksawery Czuczejko przez 5 lat był ministrantem. Mszę odprawiano po łacinie, stąd ministranci musieli znać jej tekst także w tym języku. W kościele były ławki, ale służyły tylko bogatym, gdyż biednych nie było na nie stać. Wejście do ławek było zamykane, stąd wierni, którzy mieli wykupione miejsca siedzące, otrzymywali odpowiedni do tego celu klucz.
Wszyscy nauczyciele do września 1939 r. byli Polakami. Oprócz wymienionych już dyr. Stanka, nauczyciela matematyki i fizyki, i Werońskiej Ksawery pamięta jeszcze Żeromską, która uczyła geografii, Siedzińskiego od wych. fiz. i harcerstwa, Alojzego Rosolaka, pochodzącego z Warszawy, który prowadził zajęcia praktyczno- techniczne, a po wkroczeniu Rosjan na te tereny, uczył także jęz. niemieckiego, pamięta także Piotra Lebieckiego od nauczania początkowego i żonę dyrektora Stankową, która uczyła w klasach czwartych. Chłopcy, w okresie zimowym, zajęcia praktyczno- techniczne, z klasy do której uczęszczał Czuczejko, odbywali u stolarza, ucząc się wykonywania wielu rzeczy. Dziewczęta zaś w tym czasie uczyły się krawiectwa w warsztatach, z którymi szkoła współpracowała.
Nauczyciele starannie wychowywali dzieci w duchu miłości do kraju i do Boga. Po śmierci Józefa Piłsudskiego, w dniach 12- 15 maja 1935 r., orzełki na czapkach przysłonięto czarnym kirem. W każdą niedzielę i święto dzieci zbierały się w szkole i stąd pod opieką nauczycieli uroczyście dwójkami maszerowały na sumę do kościoła. To samo czyniły wychowanki ochronki, z tym jednak, że one szły z własnego budynku i nie dwójkami a czwórkami. Do kościoła obowiązywał strój odświętny. Wycieczki organizowano do miejsc, które nie tylko wzbudzały, ale przede wszystkim utrwalały uczucia miłości do kraju. Były to Nowogródek, Lida, Słonim. Największe wrażenie na Czuczejce wywarła wycieczka do Słonima, a dokładniej pobyt na terenie stacjonującej tam jednostki Wojska Polskiego. A działo się to tuż przed wybuchem II wojny światowej. Wyjątkową rolę w procesie wychowania dzieci odgrywała niezwykle prężnie działająca organizacja harcerska, którą prowadził wysoki, dynamiczny i wysportowany wuefista Siedziński. On to wpajał harcerzom dyscyplinę, porządek i dynamikę w działaniu. Był też, obok dyrektora, największym autorytetem w szkole. Znaczącą rolę ogrywał też samorząd szkolny, którego zadaniem było m.in., poprzez dyżurnych klasowych, pilnowanie ładu i porządku w czasie przerw lekcyjnych. Gdy Niemcy 1 września 1939r.napadli na Polskę, starsi chłopcy ze szkoły w Zdzięciole przystąpili, pod kierunkiem nauczycieli, do kopania, w kształcie półkola, okopów mających zabezpieczyć budynki szkolne od strony zachodniej. Ale wkroczenie Armii Czerwonej na te tereny, wykazało niecelowość tego przedsięwzięcia. Duch patriotyczny nie zamarł jednak w wychowankach szkoły, którzy po osiągnięciu pełnoletniości, masowo wstępowali do partyzantki, przekształconej następnie w formacje zbrojne Armii Krajowej.
Funkcjonowanie Powszechnej Szkoły Podstawowej w Zdzięciole jest przykładem no to, jak kształtować uczucia miłości do kraju ojczystego w sercach młodego pokolenia Polaków.

Zdzisław Szproch

Brak komentarzy

ZOSTAW KOMENTARZ