JPS_0472

Wywiad z panią Celiną Kotz – wielką nadzieją polskich skrzypiec

Zapowiadając koncert pani Celiny Kotz w Drezdenku napisałem, że jest „wielką nadzieją polskich skrzypiec”. Po koncertach w Witnicy i w Drezdenku jestem tego pewien. Są bowiem artyści, którzy zostawiają po koncercie głęboki ślad i choć nie sposób tego wydarzenia zapisać słowami, to wracamy do niego ciągle słysząc dźwięk instrumentu, tak jak w przypadku śpiewaków barwę głosu artysty.

Celina Kotz

Celina Kotz w czasie Letnich Spotkań Kameralnych w Witnicy

Skąd u Pani ta pasja? Czyżby tradycja rodzinna?

Nie pochodzę z rodziny o tradycjach muzycznych. Moja starsza siostra w wyniku przesłuchań w przedszkolu została zapisana do szkoły muzycznej, zatem i ja pragnęłam pójść w jej ślady. Choć początkowo, prawdopodobnie jak większość dzieci stroniłam od ćwiczenia, już od najmłodszych lat uwielbiałam dzielić się muzyką z innymi. Najpierw była to rodzina, nieco później publiczność Szkoły Muzycznej im. Oskara Kolberga w Szczecinku skąd pochodzę i gdzie stawiałam swoje pierwsze muzyczne kroki. Z czasem zaczęłam rozumieć, że codzienne ćwiczenie jest konieczne, by ręce stały się jedynie narzędziem do wyrażania tego, co jest istotą muzyki, czyli emocji, barw i nastrojów. Coś, co początkowo było dla mnie jedynie formą spędzania wolnego czasu, stało się  pracą, pasją i nieodłączną  częścią mnie.

Gra pani na skrzypkach kilkanaście lat. Czy nigdy nie zwątpiła Pani, że to właśnie to, czym chciałaby Pani zajmować się przez całe życie?

W życiu każdego człowieka, szczególnie takiego, który dąży do samodoskonalenia, pojawiają się momenty, w których dokonuje pewnych podsumowań, wyciąga wnioski, analizuje dotychczas podjęte decyzje i wybory oraz z perspektywy czasu – ocenia ich słuszność. Podobnie w moim przypadku pojawiają się momenty zwrotne, w których na bok odchodzi rutyna, a do głosu dochodzą refleksje. Za każdym razem w takich momentach jednego jestem pewna – jestem muzykiem. Niezależnie od tego, jak wyobrażam sobie w danym czasie swoją przyszłość, jakie obieram cele, wiem, że mój zawód nie jest pracą, którą wykonuję przez określoną ilość godzin dziennie, a następnie wracam do domu i zostawiam ją za drzwiami. Bycie muzykiem w moim odczuciu jest powołaniem. Określa mnie to jako człowieka, gdybym zmieniła zdanie, zmieniłaby się też moja osobowość.

Patrzę na listę artystów polskich, którzy zagrali w słynnej Carnegie Hall: Paderewski, Hubermann, Sembrich-Kochańska, Hoffman, Ada Sari. W roku 2016 melomani amerykańscy mogli usłyszeć także Panią. Co czuje młoda artystka, gdy wchodzi do świątyni, jaką jest ta przesławna sala?

Carnegie Hall to swego rodzaju legenda dla muzyków. Występ w tej sali był na mojej liście marzeń od dziecka. W tym roku udało się je spełnić. Było to dla mnie oczywiście wielkie przeżycie artystyczne i nie chcę, by ktoś zrozumiał mnie źle, ale w momencie wydobycia pierwszego dźwięku z instrumentu przestaje mieć znaczenia czy gram w Carnegie Hall czy w Drezdenku. Liczy się muzyka, a przede wszystkim ludzie, dla których w danym momencie występuję. Wydaje mi się, że wartościowanie występów ze względu na liczebność publiczności czy renomę sali koncertowej mocno kłóci się z ideą jakiejkolwiek sztuki, która ma przenosić do innego świata, dostarczać niezapomnianych wrażeń, czy zbliżyć nas choć na chwilę do szeroko rozumianego piękna. Występ w tej słynnej nowojorskiej sali był dla mnie dużym zaszczytem, uznaniem dotychczasowych osiągnięć i motywacją do dalszej pracy, jednak odbiorcy muzyki na całym świecie, nawet jeśli mają nieco inne gusta, wymagania, czy zwyczaje, przychodzą na koncerty w tym samym celu i o tym trzeba pamiętać.

Dziękuję Pani za rozmowę i życzę wielu sukcesów.

Wiesław Pietruszak

PS  Tymczasem zachęcam melomanów z Drezdenka do trzymania mocno kciuków za naszą artystkę w październiku w trakcie Międzynarodowego Konkursu Skrzypcowego im. Henryka Wieniawskiego.

Image04 JPS_0471 JPS_0521

 

Brak komentarzy

ZOSTAW KOMENTARZ