_JPS3258_1

Dusza nauczyciela i pióro poety z nutą melancholii

Wioletta Kinal jest absolwentką Uniwersytetu Szczecińskiego. Od zawsze chciała zostać nauczycielką i jej marzenie się spełniło. Obecnie uczy języka polskiego w drezdeneckiej Jedynce Nie wyobraża sobie życia bez szkoły i swoich uczniów. Mieszka w niewielkim Grotowie. Działa społecznie. Jest wiceprezesem w stowarzyszeniu Grotowskie Inicjatywy Twórcze. Wiersze pisała od dawna do przysłowiowej szuflady. Dopiero związanie się z Grupą Literacko-Artystyczną LUBRDZEŃ upewniło ją, że to co pisze, warto pokazać światu. Tworzy najczęściej pod wpływem chwili i emocji. Jak mówi ,,wyrzuca” z siebie wiersze, zawierając w nich najgłębsze przemyślenia, ale jednocześnie są to utwory uniwersalne i wcale nie muszą oznaczać konkretnego zdarzenia.

Lirycznie odważy się zaprezentować szerszej publiczności w teatrze Kotłownia 28 lipca o godz. 19.00 w wieczorze autorskim, który będzie  jednocześnie inauguracją nowego sezonu Drezdeneckiej Sceny Literackiej.

Wioletta, w chwili obecnej, przygotowuje debiutancki tomik poezji do druku. Poniżej zamieszczamy niektóre utwory z tomiku wierszy.

modlitwa

dokładnie zaplanowałeś unerwienie trawy
i to
że jest zielona
czerwony kolor zarezerwowałeś
dla róży
dlatego stworzyłeś miłość
która uwiera
zapobiegłeś stanom depresyjnym żaby 
w ostatniej chwili wymyśliłeś jej bajeczną przemianę
do każdego kota dodałeś psa
żeby nauczyć 
jak z wroga zrobić przyjaciela
w instrukcji obsługi dnia zaplanowałeś położenie słońca
tak 
jak trzeba
noc rozświetliłeś spadającymi gwiazdami 
dla niedowiarków
żeby uwierzyli w marzenia
nie przewidziałeś tylko jednego
że dzieło szóstego dnia
chce wszystko zmieniać

magia

magia w świergocie
magia w zieloności
magia w rześkim wietrze 
w liściu drzewa

czy wierzysz w cuda?
nie – odpowiesz
a ja dalej wymieniam

wyspy

opowiedz mi jeszcze
o wyspach
jakich ?
tych bezludnych?
bo tylko o takich można mówić nad ranem

nie
o tych szczęśliwych
które dryfują od słowa do słowa
z bezradnym emotikonem na końcu frazy
starannie omijane w obawie przed rozczarowaniem
czekają
może ich nie ma
i
nigdy nie było

opowiedz mi jeszcze o wyspach
wtedy
spotkam je na oceanie spokojnego snu

na spacer

nie zabieraj samotności 
zwłaszcza wieczorem
z lekkim uśmiechem
opowie o zapomnianych snach
przypomni dawne urazy
popchnie 
abyś potłukł się jeszcze bardziej
na osłodę przywoła iluzje
w które znów uwierzysz
poprowadzi po wąskich ścieżkach
z dzikim zielem
wąwozach bez wyjścia
przeciągnie po kaleczącym bruku zdarzeń
i nie pozwoli 
wylizać się z ran
na koniec fałszywym tonem zanuci
przebrzmiałą piosenkę
nie spaceruj z samotnością
prędzej czy później i tak cię zostawi
nawet ona

myśloteka

tak od niechcenia
zupełnie przypadkiem
zgubię jeszcze jedną myśl
nieroztropnie
rzucę za siebie
w niektórych się pogubię
zamiast się z nimi bić
zbiorę skrupulatnie
wnikliwa selekcja 
wyłoni niewiele błyskotliwych 
odrzuci powolne 
z niezamierzoną utratą prędkości
zbędnymi 
ulepię niezbędne kształty
cenne
upchnę w złote ramy
aby nigdy z nich nie wyszły
zwłaszcza poza
na koniec
zostawię tylko te
o niebieskich migdałach
(…)

poczekaj chwilę 
aż zajdzie słońce 
grupa templariuszy zasiądzie 
pod czerwonym dębem
przyłączymy się do tajnych obrad 
niewidzialni w widzialnych rozmowach
na pewno 
wzruszysz ramionami
gdy powtórzę 
że nie lubię bezsennych sennych nocy
z wyspami snu zmęczonych brzmieniem wierszy proroczych
poczekaj chwilę 
aż zajdzie słońce

na orbicie

do podręcznej torby spakowałeś
niespełnione podróże
rozmowy
o niczym
i te o czymś
ale nie na temat 
zatrzasnąłeś

świdrujące języki
plamy na suficie wolisz nie zauważać
skłóciłaby tylko twoje pogodzone myśli
bezgłośną złotą rybkę 
zostawisz bez żalu 
zawsze udawała
że 
nie słyszy  życzeń
na tańczącym kole orbity jest mało miejsca
czeka zasłużona cisza
i książę od oswajania tego
kogo nie ma

pewnego dnia

odejdzie z twojej bajki
zabierze ostatnie słowa 
spakuje walizki
pozbiera szminki
i gdy
przekręci klucz
przystanie w krótkiej chwili zawahania
jakby czekała 
tylko czekała 
zastygniesz mając wciąż nadzieję 
że przeszłość zmienisz w białą plamę 
bezgłośnie powtórzysz 
że wciąż jeszcze nie wiesz 
czy kochasz
czy to już nie to samo

podziwianie nieba zostawiłeś innym

boleśnie kłuje błękitem
twoje
rozerwane na strzępy
niebezpiecznie zatraciło granice

słuchanie ptaków także pozostawiłeś
ich niefrasobliwy śpiew wbijał się w rany
z pamięcią dawnych błysków

zniechęcony
naprawą rozbitego wnętrza
wiesz 
że
wszystkie pęknięcia
wypełzną
aby zaśmiać się prosto
w skamieniałą
twarz

płyną skłębione
myślami zalane
w szarej tonacji
zmęczonego nieba
znikną niedługo
lecz zanim przepadną
wędruję z nimi
otulam wizjami
unoszę się w górę
płynę bezwolnie
zostawiam za sobą
dzień nierozważny 
i myśli
frywolne

kołysanka

może dzisiaj zaśniesz
otulony błękitnym kocem
to nic
że nie jest zielony
ani miękki
szorstkie nitki zdarzeń jeszcze trochę uwierają
niedługo
i one usną
teraz 
przyśpieszają krążenie w nadszarpniętych żyłach
rozbiegane myśli przystanęły
czekając jeszcze na sygnał
do samotnego galopu 
zastygły
w ciszy zdelikatniały nawet one
uwierz
choć
nie wierzysz
że 
jutro będzie promiennie
i na progu powita cię dobre słowo
może moje ?

spójrz 

to ostatni taniec trawy
ostatni błysk barw 
przed zaśnięciem
motyle ?
zaraz znikną i one
w mroku 
który nadejdzie
drżące myśli tak jak liście 
niespokojnie liczą chwile 
aż samotne i lękliwe 
w snach odnajdą 
odpoczynek

porada

podziel się z deszczem
swoim smutkiem
oddaj mu wszystkie lęki
on i tak
jest już ciężki
i niepiękny
niech każdą kroplę owinie
nitkami czarnych
złych myśli
by na zawsze 
nieodwołalnie 
 znikły

 

gdybyś

mi nie spojrzał w oczy

tego dnia

tej nocy

świat byłby łatwiejszy

 

prostsze drogi

lepsze słowa

namiętność wyważona

bez domysłów i rozgrzeszeń

lęków bezsennych’

myśli brzemiennych

niepokojem tęsknoty

gwałtownych uniesień

 

świat byłby łatwiejszy

 

na parapecie kaktusy

czule ułożone w rzędzie

serce

nie ma już

nawet kolców

wiem
to na pewno
że 
świt właśnie mnie
dostrzegł w oknie
dla mnie rozgadał ptaki
odsłonił puste ulice
szepnął 
zimnym wiatrem: „ja ciebie zachwycę”

zaśnij 

narysuję ci ranek 
słoneczny
innego nie umiem
dodam niewielkie chmury
tak dla ozdoby
dorzucę skowronki 
usunę gawrony
cienką kreską zaznaczę delikatne kontury
rozjaśnię barwy 
gdy skończę
będzie świt 
wtedy
sprawdzę
czy jeszcze jesteś 
ponury 

stoi nade mną
zupełnie nie rozumiejąc 
że muszę złapać oddech
bez odpowiedniej dawki powietrza
moje komórki 
plączą się i mylą drogę
stoi nade mną
szamocząc w nocy
targając resztkami sumienia
pytam o imię
posłusznie wymienia:
,,obowiązkiem jestem”
ale to nic
nie zmienia

 

 

 

 

Brak komentarzy

ZOSTAW KOMENTARZ

POPULARNE