z1_1

Z Allen w Argentynie do Drezdenka, czyli o życiu i twórczości Witolda Zieleniewskiego

                Dzieciństwo. Witold Norbert Zieleniewski urodził się w Allen, w Argentynie, na pograniczu Patagonii i Kordylierów Andyjskich, 6 czerwca 1913r. Zanim Zieleniewscy znaleźli się w Argentynie, mieszkali w Boliwii i Peru, gdzie ojciec – Józef pracował jako górnik w kopalniach miedzi. Witold dzieciństwo spędził u podnóża pięknej góry, głównie przy mamie, gdyż ojciec ciężko pracował i rzadko miał bezpośredni kontakt ze synem. W Allen uczęszczał do szkoły powszechnej, z hiszpańskim językiem wykładowym. Uczył się dobrze i był w szkole lubiany. Nauczyciel, metys, jeden z najbardziej pracowitych pedagogów, jakich znał i jego koledzy, nazywali go Norbertino, gdyż nazwisko Zieleniewski było dla nich bardzo trudne do wymawiania. Norbertino na oficjalnych uroczystościach każdorazowo recytował wiersze o proklamacji niepodległości w Tucuman w 1810r. i bohaterskiej odsieczy San Martina, który przedzierał się przez Andy, aby wyzwolić ujarzmionych rodakow. Rodzice żywili uczucia patriotyczne do kraju ojczystego i z chwilą odzyskania niepodległości przez Polskę, postanowili wrócić na Wileńszczyznę. Nastąpiło to w 1926 roku. Osiedlili się we wsi Bykówka, a właściwie na jej skraju, pod lasem; 2 km od Bykówki była wieś Wisztoki, a 4 km od niej znajdowała się miejscowość Ożobel. Do miasta powiatowego, bogatej w historię Oszmiany, traktem napoleońskim, było 10 km.

                  Okres dojrzewania. Witold ukończył Szkołę Powszechną im. Ignacego Mościckiego w Oszmianie. Tu dał się poznać jako sumienny, niezwykle zdyscyplinowany i obdarzony różnymi talentami uczeń. Umiał np. ładnie rysować i, z dużym wyczuciem, pięknie malować. Słaba ziemia, na której gospodarowali Zieleniewscy, zmuszała do szukania innych źródeł utrzymania. Witold zatrudniał się zarobkowo u bogatych gospodarzy w Blikanach, Budeliszkach, Bałwaniszkach, Sumieliszkach. W późniejszym czasie pełnił rolę stangreta, choć bez liberii; najpierw u hrabiego Wierzbickiego w Kogutkowie, a później u pana Wojnisza. Jako bystry obserwator zapisywał w pamięci dziwactwa i słabości panów, które obnażył, z literackim polotem, w „Pamiętniku pana Szyłłejki” (W. Zieleniewski, 2002, s. 42-58). Pomagał także rodzicom przy ważniejszych pracach w polu, takich jak: sianokosy, żniwa, wykopki. Dbał również o schludne, dobrze zagospodarowanie obejście. Ale Witold żył nie tylko samą pracą fizyczną. Od lat najmłodszych bardzo dużo czytał i już wtedy zaczął gromadzić książki z literatury pięknej. Jako ekstern osiągnął małą maturę w sławnym Państwowym Gimnazjum im. Jana Śniadeckiego w Oszmianie. Hołd wdzięczności i pamięci oddał, swoim nauczycielom i wychowawcom, wiele lat później, w tekście pn. „Kraina naszej przeszłości”. Napisał tu m.in.: „Są też wspomnienia czerwonych murów szkolnych i ziemi, wśród której wyrośliśmy nad potokiem Łejłubki i na tle starej sięgającej XI wieku Oszmiany i ruin franciszkańskiego kościoła nad bystrą Oszmianką” (W. Zieleniewski, 2002, s.180). Wychowywany od lat najmłodszych w duchu miłości do kraju ojczystego zbliżył się w Oszmianie do grup patriotycznej młodzieży polskiej. I to, jak sądzę, zadecydowało, że wziął udział w obronie Wileńszczyzny we wrześniu 1939 r. Szczegółów tej obrony nie znamy, gdyż ze względu na bezpieczeństwo swoje i rodziny nie mógł ich ujawnić (pisał tekst w okresie PRL-u). Napisał tylko, że uchodząc z Wilna „we wsi Łoździany zmienił furażerkę na czapkę i porzucił karabin, i tych kilka naboi, które mu jeszcze zostały” (W. Zieleniewski, „Z okrwawionego…”, 2002, s. 18.).

                      Czasy wojny i okupacji we wspomnieniach. W listopadzie 1989 r., czyli na rok przed śmiercią, Witold Zieleniewski ukończył książkę życia pt. „Z okrwawionego gniazda wyrzuceni i rozsiani”. Kompozycyjnie składa się ona z trzech części. Zakres każdej części wyznaczają ramy historyczne.

Okres I odnosi się głównie do pierwszej okupacji sowieckiej, tj. do ciężkich czasów od 17.09. 1939  do 22 czerwca 1941r.

Okres II obejmuje okupację niemiecką, czyli czas nieszczęść i trwogi od 22. 06. 1941 do 14. 07. 1944 r.

Okres III od 14.07.1944  do 1946 r. Mówi on o tragedii i dramatach Polaków z Wileńszczyzny, ze szczególnym uwzględnieniem Oszmiany i Wilna.

Publikację, nad którą Witold Zieleniewski pracował przez wiele długich lat, wydało NTK w 2002 r. A stało się to dzięki staraniom i zabiegom promotora książki Andrzeja Depy (†85 ). Autor nie doczekał się tej szczęśliwej chwili, bo zmarł w 1990 r., w wieku 77 lat. Ale w trakcie pisania zdawał sobie sprawę z tego, że publikacja nie ukaże się za jego życia, dlatego bardziej śmiało pisał o sprawach, o których nigdy wcześniej nie mówił. Ale, nawet pisząc z takim przekonaniem, nie ujawnił wszystkiego. Dotyczy to zwłaszcza wydarzeń na Wileńszczyźnie w 1943 r. i w pierwszej połowie 1944 r. Udział Witolda Zieleniewskiego w walkach o wolność Wileńszczyzny, w wymienionym okresie, opisali jego koledzy Józef Cabaj i Andrzej Depo. A posłużyli się m.in. tekstami majora Józefa Gnatka Zygowca, pod którego bezpośrednim dowództwem on służył (A. Depo, Przyczynki do historii Oszmiańskiej 8 Brygady Tur, (w:)  Obrazy utkane pamięcią, W. Zieleniewski, 2002, s. 109-1012).

              Pierwszy okres okupacji sowieckiej. Od pierwszych dni wojny władze sowieckie przystąpiły w pośpiechu do opróżniania więzień, likwidując więźniów. W ramach rozkułaczania zabierano częściowo lub całkowicie ziemię bogatym gospodarzom. Rejestrowano roczniki poborowe i stopniowo wcielano je do wojska. Ludzie żyli w panicznym strachu. W Wilnie zmieniono nazwy ulic na litewskie i stopniowo zwalniano Polaków ze wszystkich urzędów. Witold Zieleniewski w dalszym ciągu pomagał rodzicom, zarabiając u bogatych gospodarzy. Pracował m.in.: w Merliszkach, Mizanach, Pogirach, Kogutkowie. Dla Sowietów, siekierą i piłą, przez określony czas, wycinał las. Przez dwa tygodnie zwoził kamienie na stację do Gudołaj. Również przez dwa tygodnie pracował, swoim kasztankiem, przy budowie lotniska w Świetlanej, pod Smorgonami. W ramach kontyngentu, odwoził zboże, ziemniaki, len do państwowych punktów skupu. Jeśli idzie o zboże, to aż do odległych o 30 km Sół. Rodzina Zieleniewskich nie została deportowana na Syberię, bo nie należała do bogatych, ba… nie należała nawet do średniaków.

                   Okupacja niemiecka. Autor z całym obiektywizmem przedstawił okrucieństwo Niemców, eksterminację Żydów i Cyganów. Ukazuje bez osłonek egzekucje dokonywane nie tylko przez Niemców, ale i przez oddziały litewskie. Starych  Żydów z getta w Oszmianie zlikwidował w Uniejowie, pod nadzorem Niemców, pluton egzekucyjny Litwinów. Likwidacja gett w Postawach i Miorach natrafiała na opory, gdy wyprowadzano osadzonych na rozstrzelanie. Getta oblano benzyną i podpalono. Niemcy likwidowali także miejscowych aktywistów i komunistów. Rosjanie wzięci do niewoli umierali masowo w strasznych warunkach. Niezwykły obiektywizm wspomnień czyni je rzetelnym  dokumentem epoki. Bo np. nie ukrywa autor brutalności policji żydowskiej czy sporadycznych donosów wieśniaków, wydających bądź to Żydów, bądź Polaków, działających w konspiracji (por. M. Baterowicz, Obrazy przeszłości, (w:) Tygodnik Polski, Melbourne 2005, 4 maja, s. 3). Zieleniewski zawarł w swoich zapiskach nie tylko fakty osobiście widziane, ale i opowieści zasłyszane. Rejestr tych relacji posiada więc rozległą skalę, a także niezwykłą troskę o szczegóły. Mężczyźni i kobiety w sile wieku, niebędący w stanie małżeńskim lub osoby, które utraciły współmałżonka, były wywożone na roboty, w głąb Rzeszy. Zieleniewski, znając dobrze język hiszpański, bez trudu porozumiewał się z Hiszpanami, którzy wspierając armię niemiecką szli na wschód przez Oszmianę, znajdującą się na ruchliwym szlaku Wilno – Mińsk. Wielu maruderów zawitało do jego domu rodzinnego, aby się nieco pożywić i podyskutować, na ogół o sprawach nie związanych z wojną. Terror stosowany przez Niemców i ich słabnąca pozycja na wschodzie powodowały, ze zaczął przybierać na sile ruch oporu. W okolicach Piektuszy zrzucono spadochroniarza, w randze pułkownika, a był nim były właściciel majątku Chmielewski. Po klęsce Niemców pod Stalingradem aktywność partyzantów, przekształconych nieco później w oddziały AK,  wyraźnie wzrosła. Autor nie ujawnia szczegółów związanych z ruchem oporu i nie mówi w sposób wyraźny, jak dostał się w szeregi polskiej partyzantki. Pisze, iż nie pamięta, choć dobrze pamiętał, jak znalazł się w towarzystwie sąsiada z Żuraw, czyli porucznika Piotra Krasewicza i dołączył do konspiracyjnych zalążków Oszmiańskiej 8. Brygady „Tur”, powstałej latem 1942 r. 9 lutego 1943 r. część brygady, pod dowództwem por. Tura i jego zastępcy por. Józefa Gnatka – Zygowca „Górala” skierowano w pole, jako III Oddział Partyzancki. I w tym oddziale był Witold Zieleniewski. Polskie oddziały AK musiały walczyć z trzema wrogami, a byli nimi: Niemcy, dobrze uzbrojona partyzantka radziecka i  litewskie oddziały zbrojne Plechavinisa, będące na służbie okupanta. W. Zieleniewski uczestniczył we wszystkich akcjach zbrojnych prowadzonych przez Oszmiańską 8 Brygadę „Tur”, w latach 1943 – 1944. I tak: 15 marca 1943 r. brygada zdobyła miasto Krewy, a 30 marca tegoż roku prowadziła walki w Ostrowcu Szumskim, 6 maja prowadziła boje pod Graużyszkami, 13 maja stoczyła bój pod Murowaną Oszmianką. Na przełomie 1943/1944 r. prowadziła wiele akcji oczyszczających, aż do głównej walki o Wilno. Witold brał także udział w wyzwoleniu Wilna, w dniach od 7 do 15 lipca 1944 roku. Ale wyzwolenie Wilna spod okupacji hitlerowskiej nie oznaczało wolności dla tego miasta, bo zajęli je Rosjanie. Ze względu na zagrożenie sowieckie brygada przez około pół roku ukrywała się nad Mreczanką, po czym dowództwo wydało rozkaz warunkowej demobilizacji. 9 lutego 1945r. powtórnie zmobilizowany oddział „Tura” i odział „Groma” zostały rozbite przez NKWD pod Rowinami.

                Powtórne opanowanie Wileńszczyzny przez Sowietów. Fala rusyfikacji przybrała na sile; przebiegała ze zdwojoną przebiegłością i gorliwością. Witold szczęśliwym zbiegiem okoliczności znalazł pracę w prowizorycznej stacji pomp, zaopatrującej miasto w wodę. Mieszkał na Belmoncie, u krewnych jego  matki, Benderów. Był tu kuchcikiem, woźnym, gońcem, rozładowywał wagony z chlorem. Na nocnej zmianie, uzbrojony w dębowy kij, pilnował lokomobili. Kiedy po raz drugi zjawił się na ul. Świętojańskiej po dowód osobisty, urzędnik KGB zainteresował się bacznie jego dokumentami. I po ich sprawdzeniu skierował go do aresztu, mieszczącym się w więzieniu na Łukiszkach.

                        Pobyt w obozie pracy. Wkrótce też znalazł się w transporcie, liczącym 2600 osób, skierowanym w głąb Rosji. Dowieźli ich do Zagłębia Donieckiego, miasta Dzierżyńsk, osady Józefinka i ulokowali, cały wileński transport, w jednym z obozowych budynków. Trzy kilometry od obozu była kopalnia „Junkom”, w której pracowała większość osadzonych. Witold, mimo iż pracował na powierzchni, wkrótce poważnie zachorował. Po wyzdrowieniu został przeniesiony do międzynarodowego obozu, do Makijewki. Tu wykonywał różne prace: nosił kamienie i cegłę na budowę drugiego budynku, nawet pracował przy kiszeniu kapusty, dwa tygodnie był zatrudniony w „Mojce” (płuczkarnia węgla). Rzadki kapuśniak był więc  często na obiad, a jeśli nie on, to zupa z mąki, bez żadnych dodatków. Z powodu osłabienia ponownie zachorował i został skierowany do szpitala, zlokalizowanego koło Dzierżyńska. Rozstał się dlatego z grupą wileńską. Gdy zdrowie mu się poprawiło, sprzątał w sali operacyjnej, później pomagał w kuchni, pracował w pralni, obrabiał ogródek komendantowi obozu, opiekował się przyszpitalnym klombem, jeździł po produkty żywnościowe nawet do Rostowa, odległego o 150 km.

         Na zimę został przeniesiony do kopalni „Hydroszachta”. I tu pracował przy wydobywaniu węgla. Górnicy, wyjeżdżając z kopalni, mieli przepocone drelichy do tego stopnia, że w drodze do baraku zamarzały. Próby wyniesienia kawałka węgla pod drelichem, w celu ogrzania zimnych, prowizorycznych pomieszczeń, kończyły się surowymi karami. Witold w kopalni osłabł do tego stopnia, że słaniał się na nogach. W ostatnim dniu pracy, sztygar podejrzewając symulację, „skopał go butami”, przygniatając do podłoża (por. W. Zieleniewski, Z okrwawionego…, 2002, s.159). Po raz kolejny znalazł się w szpitalu. Kiedy wyszedł ze szpitala i  zaczął się rozglądać za innym zajęciem, spotkał przypadkowo Słowaka, który poinformował go z radością, że wkrótce zostają uwolnieni z obozu i będą mogli wrócić do domów.

                             Powrót do Polski. Ostatnie przesłuchanie odbyło się w głównej kwaterze enkawude w Garłówce. „Tu wyfasowano nam suchy prowiant w workach na osiemnaście dni drogi. Składał się z sucharów, suszonych ziemniaków w mundurkach, kaszy, mąki i jakichś tam dodatków. Otrzymaliśmy nowe waciaki, ciepłe kalesony i koszule”(W. Zieleniewski, Z okrwawionego…, 2002, s. 165). Stąd zawieziono ich do Rostowa, gdzie sformułowano konwój i trasą przez Kijów, Berdyczów, Terespol, Białą Podlaską do Warszawy. Witold zdecydował się wybrać trasę do Poznania, gdzie odszukał adresy żon przyjaciół z obozu i poinformował je, że mężowie żyją i niebawem wrócą do rodziny. Przy ich pomocy, jak sądzę, dostał pracę jako dozorca nocny, w zakładzie ogrodniczym na Górnej Wildzie. Czas wolny  przeznaczał na czytanie klasyków polskich i europejskich, korzystając z uprzejmości miejscowego księgarza, który udostępniał mu wybrane pozycje. W tym czasie prowadził ożywioną korespondencję, zmierzającą do odszukania rodziny. W swoich wspomnieniach nie pisze, kiedy i od kogo otrzymał informacje o losie swoich rodziców. Rodzice, Józef i Anna, w ramach repatriacji zostali osiedleni w Drezdenku, gdzie otrzymali wygodne mieszkanie w budynku, przy ul. Niepodległości 27. Rodzice, oprócz wielu podstawowych rzeczy, przywieźli ze sobą kufer syna naładowany książkami i różnymi notatkami, które Witold gromadził przez lata. A zaczął  gromadzić notatki od 1939r. Pierwszą serię schował w dzbanku, a następnie zakopał pod korzeniami brzozy, rosnącej nieopodal domu. Kiedy odszukał rodziców, przyjechał do Drezdenka i zamieszkał razem z nimi. Wkrótce też, poszukując pracy, zawitał do Inspektoratu Oświaty w Strzelcach Kraj. i złożył stosowne podanie, rozpatrzone pozytywnie przez mgra Kończala, w niespełna kwadrans. Mając 34 lata, małą maturę, rozpoczął w 1947 r. pracę w zawodzie nauczyciela, w Szkole Podstawowej w Ogardach, pow. Strzelce Kraj.

                       Praca w SP w Ogardach. Początkowo mieszkał pod górką, u młynarza, w warunkach niezwykle trudnych, później przeniósł się na kwaterunek do rzeźnika. Ale i tu nie był zbyt długo. Wreszcie zamieszkał u kolegi i to stwarzało w miarę stabilną sytuację. W szkole był lubiany i to zarówno przez nauczycieli, uczniów jak i rodziców. Wiosną i jesienią lubił niedzielne wycieczki rowerowe po okolicy. Zabierał początkowo uczniów starszych klas, później także chętnych dorosłych. Najpierw były to pobliskie tereny, później okolice Choszczna i samo Choszczno. Stopniowo poszerzali teren i docierali do Santoka, Starego Kurowa, Gralewa, Bierzwnika. Pasja relaksujących wycieczek rowerowych nie opuszczała go do końca życia. Jeszcze wiele lat później, kiedy na stałe związał się z Drezdenkiem i miał rodzinę, żonę i dwie córki, siadał niekiedy na rower i, jeżdżąc po okolicznych stronach, rozkoszował się pięknem przyrody, co dawało impuls do napisania wielu artykułów na ten temat. Tak zrodziły się piękne literacko i ciekawe merytorycznie teksty. Najpierw była to książka  Drezdenko i okolice, napisana, wspólnie z Franciszkiem Grasiem, wydana przez NTK w 1977r. A później powstawały, w różnym czasie, artykuły o Puszczy Noteckiej, Puszczy Drawskiej, Sierakowie, Krzyżu, Starej Noteci, Radowskiej „Szwajcarii”, Reczu, o dolinie Drawy i historii  Drezdenka. Teksty te, wybrane z różnych czasopism i periodyków, znalazły się w publikacji pn. „Obrazy utkane pamięcią” (Ofic. Wyd. „Ziuk” Józef Cabaj, Drezdenko 2002).

               Praca w LO w Drezdenku. Pracę pedagogiczną w Państwowej Szkole Ogólnokształcącej Stopnia Licealnego w Drezdenku rozpoczął w marcu 1951r. Po roku nastąpiły zmiany personalne i p. Witold wrócił na etat do SP nr 1 w Drezdenku, gdzie nadal uczył geografii. Pracując, systematycznie podnosił swoje umiejętności pedagogiczne i wiedzę z zakresu geografii. Świadectwo dojrzałości zdobył zaocznie w Powiatowym Liceum Pedagogicznym w Sulechowie, w 1951 r. Dyplom Wyższej Szkoły Pedagogicznej uzyskał w Łodzi, w 1955 r. Tytuł mgra geografii uzyskał na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, na Wydziale Biologii i Nauk o Ziemi, w 1961r. W r. szk. 1961/62 dojeżdżał do LO w Krzyżu, dorabiając do skromnej nauczycielskiej pensji. Kiedy ponownie zaczął pracować w LO w Drezdenku, a nastąpiło to we wrześniu 1962 r., był już w pełni kwalifikowanym nauczycielem, z prawem do nauczania w szkole średniej. Tu pracując, do czasu przejścia na emeryturę, dorobił się autorytetu i szacunku u kol. nauczycieli i uczniów. A gdy, po jakimś czasie, włączył się aktywnie w działalność NTK jego autorytet zyskał wyjątkową pozycję społeczną. W ramach kółka geograficznego i zajęć fakultatywnych organizował pełne atrakcji, a niekiedy także i emocji, wycieczki w teren, budzące zainteresowanie wśród młodzieży własnym środowiskiem i jego historyczną przeszłością. Nawiązał ścisłe kontakty z kółkiem geograficznym Liceum Ogólnokształcącego w Gorzowie Wlkp., na Zawarciu, prowadzonym przez A. Bubienia. Niezwykle trafnie scharakteryzowała Witolda Zieleniewskiego Danuta Białas (Zych). Pisze ona: „Jest Witold Zieleniewski postacią – legendą. Kolejne pokolenia uczniów z szacunkiem i rezerwą tytułowały Go profesorem. Uczył i wychowywał, prowadził naukowe wycieczki – wracali znużeni, ale pełni wrażeń i wiadomości, którymi jeszcze dziś mogą imponować wnukom. Był osobowością niedoścignioną, doskonałością. Nie mógł mówić o sobie wszystkiego.”(D. Białas, Czytając- słuchamy!”, (w:) W. Zieleniewski, Obrazy … , 2002, s. 4). Ale to, czego nie mówił za życia opisał w książce „Z okrwawionego gniazda wyrzuceni i rozsiani”, zakładając, że może ujrzy ona światło dzienne w wiele lat po jego śmierci, w sytuacji, która nie będzie stanowić zagrożenia dla jego rodziny.

                    Praca w Liceum Medycznym w Drezdenku. Witold Zieleniewski uczył geografii gospodarczej świata w Liceum Medycznym w Drezdenku, w wymiarze 6 godz. tygodniowo, w dwóch klasach, po 3 godziny, w latach 1963- 1975. Uczennice darzyły go szacunkiem za dużą wiedzę i ciekawy sposób prowadzenia lekcji. Podobnie jak w LO, gdzie był zatrudniony na etacie, przywiązywał bardzo dużą wagę do znajomości mapy. Zawsze z mapami szedł na każdą lekcję i wykorzystywał je w maksymalnym stopniu, w czasie prowadzonych zajęć. Gdy był w naszym liceum, mogłem z nim rozmawiać na przerwach i po lekcjach. Zawsze kierował rozmowę na literaturę iberyjską, którą znał bardzo dobrze. Unikałem tego tematu, gdyż poza ogólnymi wiadomościami na temat Cervantesa i Lorki nie znałem twórczości innych sławnych pisarzy hiszpańskich. Zawsze starałem się przekierować dyskusję na Chłopów Reymonta, Lalkę Prusa i Noce i dnie Dąbrowskiej, tj. na lektury, które znałem dość dobrze. Ale okazało się, ze Witold znał je  nie gorzej ode mnie. Od czasu do czasu dyskutowaliśmy nad właściwą konstrukcją zdań wielokrotnie złożonych, wewnętrznie nawiązanych, zapisanych na kartce, które przynosił do szkoły. Nie zdawałem sobie sprawy z faktu, iż intensywnie pracował wtedy nad książką, która dopiero 12 lat po jego śmierci, sfinansowana przez córki Klementynę i Małgorzatę, mieszkające w Australii, została wydana, dzięki staraniom Andrzeja Depy. Zdania, nad którymi dyskutowaliśmy, były wyjęte z wątków, których precyzyjne redagowanie nastręczało pewne trudności. Jest to przykład na to, iż W. Zieleniewski przywiązywał bardzo dużą wagę do jasnego, precyzyjnego i poprawnego sposobu wypowiadania się w piśmie. Zresztą, równie starannie, logicznie i wyraziście wypowiadał się w dyskusjach publicznych na zebraniach, naradach i posiedzeniach. Nigdy natomiast, w czasie gdy pracował w LM, a i później, bo sporadycznie spotykałem się z nim w różnych sytuacjach, nie poruszał spraw następujących: działalności w AK, pobytu w obozie pracy, aktualnej sytuacji politycznej w kraju, życia rodzinnego i pracy w LO w Drezdenku. Chętnie natomiast mówił o zabytkach naszego miasta, o przyrodzie Puszczy Drawskiej i Noteckiej, a także o strefach topograficznych elementów geomorfologicznych okolic naszego miasta. Publikował w prasie lokalnej, choć nie tylko, teksty światopoglądowo neutralne, tj. o przyrodzie i walorach turystycznych gminy i regionu.

                            „Pamiętnik pana Szyłłejki”. Pamiętnik ten i opowiadanie „Tęsknota miłości’, będące hołdem dla  uwielbianej i ukochanej kobiety, stanowią główną część książki „Obrazy utkane pamięcią”. Książka ta zawiera w całości teksty opublikowane za życia autora. Witold zdawał sobie sprawę z tego, że jego wspomnienia mogą nigdy nie ukazać się drukiem, ale podświadomość mu podpowiadała, że jednak trzeba przekazać czytelnikom chociaż zakamuflowane informacje, o jego działalności konspiracyjnej  i akowskiej. Stąd podszył się pod pana Szyłłejkę. Pamiętnik Szyłłejki jest w istocie pamiętnikiem samego Zieleniewskiego, którego rodowód podobnie jak Szyłłejki, nie był w przeszłości pozbawiony splendoru, ale historia narodu zrównała go ze stanem włościańskim. Witold  starał się odszukać znajomych i przyjaciół z okresu przedwojennego, którzy zostali przesiedleni na zachód. Na początku trafił do wdowy po partyzancie, która mieszkała w Drezdenku, przy ul. Łąkowej.  Wspomina z Helą, bo tak miała na imię była łączniczka, czasy konspiracji i ostatnią walkę, która w sennych majaczeniach wracała często przed jej oblicze. Po wojnie musiała wyjechać, zacierając ślady przeszłości. Wspominając ostatnią walkę, nie wymieniają oddziału, nie podają nazwiska dowódcy, ani też nie mówią, gdzie bitwa miała miejsce i z jakim przeciwnikiem walczono. W czasach PRL-u trzeba było ważyć każde słowo, związane z walką partyzancką, bo wypowiedziane o jedno za dużo, mogło sprowadzić niekończące się kłopoty. Dziś wiemy, że najprawdopodobniej była to walka pod Rowinami, 9 lutego 1945 r., gdzie silny oddział NKWD  rozbił połączone siły „Groma” i „Tura”. Mąż Heleny – Stanisław był także w konspiracji, dostarczał broń, którą szmuglował od Niemców, będąc z nimi w jakichś tam układach. Ale został zlikwidowany przez AK, za rzekomą współpracę z Niemcami. W pamiętniku Szyłłejki przywołuje autor wiele osób i zdarzeń z przeszłości, zestawiając je z aktualną sytuacją, w jakiej się znaleźli na Ziemni Lubuskiej. Gdy poznał Malwinę miała 15 lat i była piękną, gibką dziewczyną. Wyglądała jak posąg- Wenus z Milo. Dziś Malwina już przekwitła, jest baniasta, tłusta w każdym calu, mieszka w Miliczu, pod Drezdenkiem. Dom utrzymuje w należytym porządku. W pracach gospodarskich też sobie radzi. Autor wspomina także ciocię Klotyldę, która mieszkała w komórce u Zieleniewskich. Kultywowała tradycje ludowe, z nieufnością odnosiła się do nowinek technicznych i bardziej śmiałych sposobów ubierania się. Chciała dobrze wyjść za mąż, ale nic z tego nie wyszło. W kandydatach do zamążpójścia przebierała i starą panną została.

                          Poszukiwanie Helenki. Nie znamy okoliczności, w jakich Witold Norbert Zieleniewski poznał uroczą Helenę Marchel, rodem z Gieranion, skąd także pochodziła Barbara Radziwiłłówna. Tuż przed wojną stanowili zakochaną w sobie parę i planowali się pobrać. Helena pochodziła z rodziny rzemieślniczej, z zawodu była krawcową. Znała zarówno krawiectwo lekkie jak i ciężkie. Miała ponadto artystyczną duszę; robiła na drutach, pięknie haftowała, robiła makatki dziergane i wyszywane. Gdy przyjechała do ukochanego, do Wilna, odbyli długi romantyczny spacer, podziwiając piękno tego miasta. Zaszli też do Kaplicy Matki Bożej Ostrobramskiej, gdzie modli się o zdrowie i pomyślność. Ale pomyślność nie sprzyjała Witoldowi, bo wkrótce wywieziono go do obozu pracy, do Donbasu. Gdy, po ponad dwóch latach, wrócił do ojczystego kraju, z miejsca rozpoczął poszukiwania swojej Helenki, która, jak przypuszczał, została z powiatu oszmiańskiego przesiedlona na zachód. Szukał jej w Choszcznie, Reczu, Rzepinie, Ośnie Lubuskim, Sulęcinie, a znalazł w Sulechowie. I tu w Urzędzie Stanu Cywilnego wzięli ślub, 12 marca 1951 r. W niedługim czasie przenieśli się do Drezdenka i zamieszkali w tym samym budynku, co rodzice, tj. przy ul Niepodległości 27.

                         Życie rodzinne. Witold był mężem dobrym, czułym, lubił dom. Żonie pomagał niemal we wszystkich pracach. Na święta wielkanocne i bożonarodzeniowe to on robił poważniejsze zakupy. Był smakoszem herbaty i znał się na ich rodzajach. Przy czym interesował się krajem, z którego pochodziła kupowana herbata. On także wekował nie tylko zbiory ze swojego starannie utrzymanego przydomowego ogrodu, ale także zebrane w lesie, jak np. jagody, maliny i grzyby. Sadzonki drzew, krzewów owocowych i róż sprowadzał aż z Poznania. W Poznaniu, razem z żoną, kupował też odzież ciepłą, letnią, wierzchnią i zimową. Jeśli chodzi o literaturę klasyczną, to uwielbiał twórczość A. Mickiewicza, J. Słowackiego i C. K. Norwida. Znał dość dobrze miejsca, w których Mickiewicz spędził dzieciństwo i młodość. Marzył o dalszych podróżach i zwiedzaniu różnych zakątków świata, ale czasy, w których żył i pensja nauczycielska nie pozwalały na realizację planów i marzeń.

Dużo czasu spędzał w księgarni. Dzięki uprzejmości pań tam pracujących, tj. Barbary Gapskiej i Bernadetty Stasińskiej często wchodził na zaplecze i przeglądał bardzo uważnie nowości wydawnicze. Szukał głównie literatury iberyjskiej, dotyczącej półwyspu Pirenejskiego, tj. Hiszpanii, Portugalii i kraju Basków. Niekiedy nie wchodził na zaplecze, a stawał przy ladzie i tu czytał, z tak dużym zainteresowaniem, że nie dostrzegał osób wchodzących do księgarni. A często byli to jego znajomi ze szkoły lub miasta. Po przyjściu do domu dzielił się z żoną  spostrzeżeniami z przeczytanych fragmentów książek. Wiele nowości kupował i dzięki temu zgromadził pokaźną bibliotekę domową, którą po jego śmierci, zgodnie z wolą córek Klementyny i Małgorzaty, Andrzej Depo przekazał do biblioteki parafialnej w Drezdenku. Choć, zdaniem wielu osób, bardziej przydatnym  byłoby przekazanie jej do Biblioteki Publicznej Miasta i Gminy im ks. Józefa Tischnera w Drezdenku. Pensję właściwą oddawał żonie, a sobie zatrzymywał tylko pieniądze za tzw. nadgodziny, gdyż żona uważała, że mąż dla lepszego samopoczucia i większej pewności siebie musi mieć w kieszeni przysłowiowy grosz.

Do późnych lat swojego życia uwielbiał wędrówki piesze. Drzewa, kwiaty, pola, lasy, drogi, dróżki  dawały mu ukojenie, wyzwalały ciszę, rodziły pomysły, nastrajały do twórczości. Długie spacery pozwalały mu odnaleźć absolutną prostotę istnienia, bez potrzeby gorączkowego szukania sławy i uznania.

Zieleniewski rezygnował z posiadania przytłaczających nas zbędnych potrzeb. Zamiast samochodu wolał rower, którym przemierzał okolice Drezdenka, jeżdżąc do Radowa, Puszczy Drawskiej, Puszczy Noteckiej, a nawet do Krzyża. „Radoską Szwajcarię” opisał naukowo w artykule pod tym samym tytułem, sugerując, iż są tu doskonałe widoki do organizowania plenerów malarskich i wycieczek szkolnych. Celem tych ostatnich powinna być „obserwacja procesów geologii dynamicznej” (W. Zieleniewski,  Obrazy…, 2002 ,s. 100).

Córki, gdy chodziły do szkoły, uczył je samodzielnej pracy z książką, nie ingerując zbytnio w proces uczenia się. W związku z ustawicznym dokształcaniem się, często wyjeżdżał do różnych miast, a gdy przebywał nieco dłużej, przesyłał do rodziny, w tym także do swojej mamy, gdy jeszcze żyła, wyszukane widokówki z serdecznymi pozdrowieniami i krótką informacją o swoim pobycie. Mamę kochał synowską miłością, odwiedzał ją codziennie i  przynosił często to, co w danym dniu można było przynieść. Z mamą rozmawiał przeważnie po hiszpańsku. Chodziło o to, aby nie zapomnieć języka, którego używali w Argentynie do 1926r.

Pamięć o nim i  rodzinie trwać będzie tak długo, jak długo czytane będą jego książki. A powędrowały one w różne regiony Polski, choć nie tylko. Dzięki zapobiegliwości promotora Andrzeja Depy przesłano je do miast, w  których mieszkali weterani 27 WDP AK, tj.: do Chełma, Lublina, Koszalina, Zabrza, Warszawy, a nawet do Londynu i Nowego Jorku. W Australii zaś, gdzie mieszkają córki Zieleniewskiego Klementyna i Małgorzata, kolportażem w środowiska polonijne zajmowała się właścicielka księgarni Elżbieta Janowska z Melbourne. Nakłady książek zostały wyczerpane i, jak sądzę, nadal są czytane.

                           Odznaczenia:

1 Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski.

2. Złoty Krzyż Zasługi.

3. Odznakę za Zasługi w Rozwoju Miasta Drezdenka.

4. Złotą Odznakę za Zasługi dla Województwa Gorzowskiego.

5. Medal Pamiątkowy Gorzowskiego Towarzystwa Kultury.

6. Wiele dyplomów.

Zdzisław Szproch

Córki Witolda (od lewej): Małgorzata i Klementyna

Córki Witolda (od lewej): Małgorzata i Klementyna

Witold przez całe życie uwielbiał jazdę na rowerze

Żona Witolda, Helena na spacerze z Małgosią, młodszą córką

 

 

 

 

 

 

 

 

Bibliografia:

1. Baterowicz M., Obrazy przeszłości  (w:) Tygodnik Polski, Melbourne 2005, 4 maja s. 3.

2. Białas D., Czytając – słuchamy! (w:) Zieleniewski W. „Obrazy utkane pamięcią”, Drezdenko 2002.

3. Depo A., Przyczynki do historii Oszmiańskiej 8. Brygady „Tur” (w:) Obrazy utkane pamięcią, Drezdenko 2002.

4. Zieleniewski W., Z okrwawionego gniazda wyrzuceni i rozsiani,   Drezdenko 2002.

5. Zieleniewski W.,  Obrazy utkane pamięcią, Drezdenko 2002.

 

Brak komentarzy

ZOSTAW KOMENTARZ

POPULARNE