wychowankowie

Taki kochany…

Bez tytułuMijają lata, zmieniają się pokolenia, życie pisze nowe scenariusze. Czas nieubłaganie zaciera pamięć o zdarzeniach, ludziach, którzy swoją życiową postawą, zaangażowaniem, codziennością wpływali na rzeczywistość, kształtowali umysły młodych, byli wzorcami i autorytetami.

Wydaje mi się, że warto na chwilę zatrzymać się po to, by przypomnieć, by pochylić się nad przeszłością, bez której nie byłoby teraźniejszości. Tworzyli ją przecież ci, których nie ma już wśród nas, ale żyją wciąż w umysłach i sercach wielu ludzi.

Krępa sylwetka przypominająca misia (tak był zresztą nazywany przez uczniów liceum), uśmiechnięte, niebieskie i życzliwe oczy, nieodłączny krawat i do tego wymazane kredą do tablicy kieszenie, w których bardzo często tkwiły silne ręce – taką postać widywaliśmy na co dzień – w szkole, na ulicy, w urzędach, takiego pamiętają go absolwenci drezdeneckich szkół, starsi mieszkańcy Drezdenka i oczywiście rodzina.

Prof. Franciszek Kurowski w drodze do pokoju nauczycielskiego

Prof. Franciszek Kurowski w drodze do pokoju nauczycielskiego

Pan profesor Franciszek Kurowski, to o nim, jego losach, codziennym życiu, osiągnięciach, sukcesach i porażkach warto przypomnieć, ponieważ zdziałał on wiele dla naszej małej i wielkiej ojczyzny, a przecież nie zawsze było łatwo i bezpiecznie. Wręcz przeciwnie – często było trudno i niebezpiecznie. Rzadko spotyka się ludzi tak wytrwałych, systematycznych, obowiązkowych i oddanych rodzinie, sprawom społecznym, lokalnemu środowisku.

Sądzę, że upór w dążeniu do celu, do realizacji zamierzeń wyniósł on z chłopskiej chałupy, w której przyszedł na świat 04. 12. 1903 roku w Bytoniu, powiat Nieszawa. Kujawy – wiejskie rodzinne gniazdo, dziecięca przestrzeń, do której wracał co roku z okazji odpustu, odwiedzając liczną rodzinę, były miejscem kształtowania się  wyjątkowej osobowości znanego nam człowieka czynu. To właśnie tutaj rozpoczął on mozolną pracę zdobywania wiedzy. Z zachowanego arkusza osobowego oraz życiorysu dowiadujemy się, jak wyglądał przebieg służby państwowej polskiej (tak wówczas nazywano przebieg kariery zawodowej), jak wyglądała droga kształcenia. W szkole powszechnej w Morzycach mały Franciszek poznał podstawy wiedzy i już wówczas zapałał chęcią pogłębiania jej. Stąd decyzja wstąpienia do preparandy nauczycielskiej w Nieszawie, a w 1921 roku do seminarium nauczycielskiego w Wągrowcu. Po roku nauki młody adept szkolnictwa przeniósł się do seminarium nauczycielskiego w Kcyni, gdzie w 1926 roku zdał egzamin maturalny, który w okresie międzywojennym miał charakter elitarny. Od 1 września tegoż roku rozpoczął pracę jako samodzielny nauczyciel w szkole w Drewnie w powiecie żnińskim. Był to zaledwie początek drogi zawodowej i kształcenia.

Ambicje, ciekawość świata, potrzeba bycia perfekcyjnym w zawodzie nauczyciela stały się przyczyną zgłębiania wiedzy, o czym świadczą dyplomy ukończenia do 1926 roku pięciu kursów rocznych w Państwowym Seminarium Nauczycielskim. 12 lipca 1929 roku w Poznaniu Franciszek otrzymał dokument, który uprawniał do nauczania religii św. katolickiej w szkołach powszechnych. Podpisał go Prymas Polski August Hlond. Czytamy w nim: „Żywimy w Bogu nadzieję, że pan Kurowski przyswajając prawdy wiary młodzieży sobie powierzonej, wychowywać ją będzie przykładem swego życia do wzniosłych cnót chrześcijańskich, zaszczepiając równocześnie w jej duszach głębokie przywiązanie do Kościoła Chrystusowego.” 27 marca 1931 roku (zgodnie z wymogami ówczesnych przepisów) młody adept sztuki dydaktycznej z powodzeniem zdał praktyczny egzamin na nauczyciela publicznych szkół powszechnych, a następnie w 1935 roku mógł świętować ukończenie matematyczno – przyrodniczego Wyższego Kursu Nauczania w Poznaniu.

Z podwyższaniem kwalifikacji nierozerwalnie związane były awanse zawodowe. Tak więc przyszła kolej na pracę w szkołach powszechnych w Dusznikach (1928 rok) i w Obrzycku (1929 rok), a w 1936 roku na objęcie stanowiska kierownika szkoły drugiego stopnia w Chojnie (powiat szamotulski). Kurator Okręgu Szkolnego Poznańskiego Jan Jakóbiec 13 maja 1938 roku nadał Franciszkowi Kurowskiemu, kierownikowi Publicznej Szkoły Powszechnej w Chojnie, brązowy medal za długoletnią służbę.

Nie tylko praca dydaktyczna i wychowawcza zaprzątała umysł Franciszka, angażował się on również w działalność społeczną. W kwestionariuszu osobowym znajduje się informacja, że przez pięć lat w Obrzycku prowadził zajęcia z przysposobienia wojskowego i  wychowania fizycznego, przez trzy lata był kierownikiem kursów O. D., pięć lat był także opiekunem drużyny harcerskiej. Za osiągnięcia w tych obszarach 21 marca 1939 roku otrzymał Srebrny Krzyż Zasługi przyznany przez Prezesa Rady Ministrów Sławoja Składkowskiego. Z życiem zawodowym przeplatała się prywatność.

Szczęśliwi nowożeńcy

Szczęśliwi nowożeńcy

Piękną, niepowtarzalną i wyjątkową chwilą był  ślub z Joanną, z domu Tuliszka, który miał przebieg niecodzienny. W jej wspomnieniach  zachował się obraz z  dnia 18 sierpnia 1937 roku, kiedy to po ceremonii w kościele młoda para przemaszerowała szpalerem utworzonym przez oficerów, trzymających  szable w rękach. Byli to przyjaciele męża – porucznika . Równie szczęśliwym wydarzeniem były narodziny w 1938  roku córki.

Wówczas małżonkowie nie przeczuwali, że dni wypełnione pracą i życiem rodzinnym tak szybko przeminą, że nadchodzą czasy terroru i ludobójstwa, że 1939 rok rozdzieli ich na długie sześć lat. Wkraczających we wspólne życie młodych ludzi ogarnęła wojenna zawierucha, zalała fala cierpień, rozstań i pożegnań. Joanna opowiadała o niepewności, strachu, obawach o życie, o konieczności radzenia sobie na co dzień, o pomocy i wsparciu innych ludzi.

Po wybuchu wojny próbowała dostać się do Warszawy, ale doświadczenia miesięcznej tułaczki sprawiły, że wróciła w poznańskie. Przez pewien czas przebywała na leśniczówce u rodziców w Wielonku, później u rodziny na leśniczówce w Pustelni. Z tych miejsc  trzykrotnie nocą wszystkich wyrzucali  Niemcy, celując do mieszkańców z karabinów. W jednej z obław aresztowana została czternastoletnia kuzynka Zofia. Wróciła straszliwie wychudzona po dwóch latach pobytu w obozie pracy w Rzeszy. Joanna ostatecznie wojnę przetrwała w maleńkiej izdebce w Wielonku. Została z córką i ciotką, która wymagała opieki. W tych trudnych latach wielokrotnie z maleńką Mireczką na ręku pokonywała kilka kilometrów przez las, by w kance przemycić ze wsi mięso przykryte marmoladą. W każdej chwili mogły zginąć. Na szczęście tak się nie stało. Przed wojną Joanna ukończyła tzw. szkołę żon, w której uczono dobrych manier, kultury bycia, przyjmowania gości, prowadzenia domu. Tam poznała zasady kroju i szycia. Wówczas objawił się jej talent w tym obszarze. Dzięki niemu, a także pracowitości (szyła przy świeczce nocami, bo obowiązywało zaciemnienie) z trudem mogła utrzymać swoich najbliższych w czasie okupacji. Uniknęła też obowiązku robót w Rzeszy, wywózki do obozu pracy, gdyż zdobyła kenkartę, pracując w fabryce obuwia. Tak więc nieodłącznym towarzyszem codzienności był strach, który paraliżował, ale też mobilizował do działania.

Dodatkowego cierpienia przysparzała niepewność, brak informacji o losach małżonka, który 23 maja 1939 roku został zmobilizowany jako dowódca kompanii Obrony Narodowej  57 pułku piechoty w Szamotułach. Brał udział w walkach pod Warszawą. 18 września dostał się do niewoli i przebywał w obozach jenieckich: Oflag IV A – Hohstein, Oflag IV B – Königstein, Oflag II B – Arnswalde, a 17 września 1940 roku został przeniesiony do Oflagu II C – Woldenberg. Tutaj funkcjonował pod numerem jenieckim – 48661/Of 1. IV A. Pozbawienie 5265 oficerów (taki stan zarejestrowano 1 lutego 1941) wolności było niewątpliwie przeżyciem deprymującym, przytłaczającym. Tym bardziej w warunkach, kiedy dla oficerów istniał zakaz pracy. Wiadomo, że bezczynność może zabić każdą iskierkę nadziei. Śmierć groziła za najdrobniejsze naruszenie regulaminu obozowego. W najmniej spodziewanym momencie można było trafić w ręce Gestapo. Taki scenariusz oznaczał jedno – śmierć. Na szczęście można było organizować kursy, z czego skwapliwie skorzystali jeńcy. Franciszek był kierownikiem pracy zespołowej słuchaczy W.K.N. (Wyższego Kursu Nauczycielskiego) w 1944 roku. Prowadził zajęcia dydaktyczne z arytmetyki i geometrii. W książce Jana Olesika „Oflag II C Woldenberg” czytamy, że oficerowie dla szeregowców wygłaszali odczyty z historii, geografii, kultury oraz zagadnień społecznych. Takich wykładów odbyło się ponad dwieście. Organizowano również głośne czytanie ciekawych dzieł, m. in. Bolesława Prusa, Henryka Sienkiewicza. Celem owych akcji było zachęcanie szeregowców do czytelnictwa i samodzielnej pracy z utworem literackim. Autor książki, powołując się na relacje Wyszosława Modzelewskiego „Praca oświatowa wśród szeregowych”, wymienia Franciszka Kurowskiego jako jednego z pięciu oficerów trudniących się tą pracą. Pod koniec wojny Niemcy zakazali takiej działalności. Franciszek również sam korzystał z możliwości dokształcania się. Ukończył Wyższy Kurs Nauczycielski w zakresie wychowania fizycznego, kurs metalowo – drzewny dla nauczycieli w szkołach rzemieślniczych oraz pół instytutu pedagogicznego, o czym wspomina w swoim życiorysie.

25 stycznia 1945 roku jeńcy Oflagu II C wyruszyli w głąb Niemiec do Lubeki, co stanowiło kolejne zagrożenie. Trasę pokonywali pieszo. Wielu nie przeżyło trudów drogi. Po wyzwoleniu obozu w Lubece przez wojska alianckie na początku maja 1945 roku, Franciszek powrócił do kraju. Joanna wspominała, jak nocą 17 czerwca ktoś zaczął stukać w okno ich mieszkania. Strach przed napaścią przerodził się jednak w wielką radość powitania małżonków.

Dlaczego wybrał Drezdenko, dlaczego osiadł z rodziną w tym mieście? Na te pytania odpowiadał zawsze, że zafascynowała go atmosfera tej miejscowości, piękno okolicy, położenie i architektura tego wyjątkowego miejsca. Zachwycił się nim, kiedy wracał z Lubeki. Zauroczenie było uczuciem, które przerodziło się w siłę budowania powojennego ładu. Franciszek, widząc skalę zniszczeń, miał świadomość, że należy wziąć się do solidnej pracy. W Kronice szkolnej z 1945 roku, prowadzonej bardzo szczegółowo i pieczołowicie właśnie przez Franciszka Kurowskiego, znajduje się odpis jego nominacji na tymczasowego kierownika tej placówki szkolnej. Podpisał ją inspektor szkolny – pan Stanisław Jaremczuk. Tutaj także jest wpis: „W dniu 5 lipca 1945 roku z wyżej wymienioną nominacją zgłosił się porucznik Kurowski Franciszek do gmachu sądowego w Drezdenku, gdyż tam mieściła się tymczasowo szkoła powszechna. Nauczycielką była obywatelka Dynarowicz Józefa, która uczyła około czterdzieściorga dzieci od połowy czerwca bieżącego roku.( …) Była nauczycielką pomocniczą i z dniem 8 października 1945 roku na własną prośbę opuściła zajmowane stanowisko, starając się o posadę w więziennictwie.”

Wraz z małżonką (od 1 listopada 1945 roku nauczycielka w tej szkole) nowy kierownik  zaczął porządkować sale w budynku przy ulicy Szkolnej, by przysposobić pomieszczenia do pracy z dziećmi i młodzieżą. Wszędzie zalegały bowiem stosy materiałów opatrunkowych, słomy, siana, papierów, odpadków żywnościowych i wydalin ludzkich. Po zaprowadzeniu ładu przyszła kolej na znoszenie stolików, naprawę pomocy naukowych, wprawianie szyb, remont części dachu i muru uszkodzonego przez pocisk artyleryjski. Oboje robili wszystko, by jak najszybciej przygotować sale lekcyjne. Trud ten przyniósł efekty, ponieważ 4 września 1945 roku naukę w odnowionym i uporządkowanym obiekcie rozpoczęło stu trzydziestu uczniów. W wyżej wymienionej kronice znalazł się wycinek z prasy, w którym opisana została uroczystość rozpoczęcia roku szkolnego. Po mszy św., którą odprawił ksiądz proboszcz Widełka, przemówieniach kierownika szkoły Franciszka Kurowskiego i burmistrza miasta Kazimierza Derdy, po odśpiewaniu hymnu państwowego zapanowała euforia. Autor artykułu podkreślił, że: „Wśród licznie zgromadzonej dziatwy dało się zauważyć szczerą radość, a w oczach zebranych matek niejednokrotnie łzy, będące oznaką szczęścia, iż wreszcie ich dzieci będą chodzić do polskiej szkoły.” Dla takiej chwili warto było się trudzić.

W 1947 roku w drodze konkursu z p. o. kierownika szkoły Franciszek został mianowany kierownikiem owej szkoły. Przez 5 lat (do 13 września 1950 roku) pełnienia funkcji kierowniczej w szkole następowały ciągłe zmiany – rosła liczba uczniów, przygotowywano akademie z okazji rocznic, reżyserowano przedstawienia teatralne, z których dochód przeznaczany był na potrzeby dzieci, wystawiano jasełka. Kwitło więc życie kulturalne. Było to możliwe dzięki przyjaznej atmosferze współpracy nauczycieli, rodziców i uczniów, a przede wszystkim wsparciu ze strony kierownika placówki oświatowej. Pozwolę sobie przytoczyć kilka przykładów działalności, kiedy to szkoła stawała się centrum kultury.

Po 1945 roku wystawianie spektakli miało na celu zebranie pieniędzy na potrzeby dzieci i młodzieży, przede wszystkim na ich dożywianie. Z tą myślą pod koniec listopada 1945 roku  w sali zwanej Strzelnicą i 10 lutego 1946 roku w auli szkoły powszechnej uczniowie wystawili dramat J. Słowackiego Balladyna, eksponując wątki baśniowe (wróżkę Goplanę grała córka kierownika szkoły – Ludomira), intrygujące i pouczające motywy: rywalizacji sióstr – dobrej i złej, winy, kary i władzy. Dzięki temu przedstawieniu na rzecz Komitetu Rodzicielskiego zebrano 4310 złotych. Środki te przeznaczono na zakup niezbędnych produktów. (Takie informacje zostały zapisane w Kronice szkoły) Z kolei 5 lutego 1947 roku w sali kina Polonia dzieci z tejże szkoły wystawiły Jasełka polskie, które wzbogacone były akcentami narodowymi. Pieniądze z tej imprezy wykorzystano na budowę sceny w auli szkolnej. W tym okresie dbano również o poszerzanie wiedzy uczniów, przygotowując akademie poświęcone wybitnym twórcom, czego przykładem może być zakończenie roku szkolnego 26 czerwca 1948 roku. W szczególny sposób uhonorowano wówczas Stanisława Moniuszkę. Uroczystość rozpoczęła się słowem wstępnym, które wygłosił kierownik szkoły – Franciszek Kurowski. Zebranych zapoznano z twórczością kompozytora. Szkolny chór zaśpiewał pieśni: Ojcze z niebios Boże Panie, Przylecieli sokołowie. Był także pokaz gimnastyki rytmicznej, zaprezentowano inscenizację Żuk i biedronka, recytowano wiersze: Żegnaj szkoło, Stopnie na urlopie, Na Anioł Pański. Akademię zakończył chór utworem Gaude Mater.

Inspiratorem tych działań był kierownik szkoły. To właśnie w nim znajdowali wsparcie rodzice, nauczyciele i dzieci. Warto więc, a nawet trzeba przywołać nazwiska tych, którzy z ogromnym poświęceniem przygotowywali swoich podopiecznych do występów. W role reżyserów, scenografów, choreografów, kostiumografów wcielały się panie: Walentyna Osińska, Olga Łuczko, Małgorzata Szymkiewicz, Joanna Kurowska i pan Mieczysław Śmiglak. Pamiętam, że jeszcze kilka lat temu podczas porządkowania strychu znajdowałam części przepięknie uszytych strojów, w których występowały dzieci, co niewątpliwie świadczy o dbałości o detale.

Chciałabym wspomnieć chociaż o kilku sztukach, o których mówiło się w naszym domu. Wpisy o nich znajdujemy także w Kronice szkoły z tamtego okresu. Tam też zawarta jest informacja,  że przedstawienia odbywały się co roku. Trzeba jednak zaznaczyć, że opracowania te nie są kompletne. Niemniej jednak dowiadujemy się, że 11 czerwca 1949 roku olbrzymim powodzeniem cieszyła się inscenizacja Czerwonego Kapturka Braci Grimm. W późniejszych latach Historia żółtej ciżemki Antoniny Domańskiej, Calineczka Hansa Andersena wyreżyserowana przez panie: Olgę Łuczko i Joannę Kurowską. Tym razem scenografię wykonała pani Jadwiga Dobrucka

Joanna Kurowska i Walentyna Osińska z młodymi aktorami

Joanna Kurowska i Walentyna Osińska z młodymi aktorami

Pan Jan Prokop – znany regionalista, człowiek związany z kulturą – w artykule „U kresu drogi było Drezdenko” wspomina, że w 1945 roku miał 11 lat i chodził do klasy czwartej: „Kierownikiem szkoły był Franciszek Kurowski. Wychowawczynią była Joanna Kurowska. Szkoła tętniła życiem. Była już biblioteka, chór, drużyna harcerska, stołówka z obiadami, czynna sala gimnastyczna. Bardzo prężnie działał komitet rodzicielski, dzięki któremu mogliśmy zjeść talerz gorącej zupy, otrzymać drobne upominki od świętego Mikołaja…” Autor artykułu bardzo wysoko ocenia pozalekcyjne życie szkoły: występy chóru, zespołu tanecznego, przedstawienia szkolne, recytacje, m. in. Kazimiery Rychterówny, która przybliżała uczniom polską poezję klasyczną, prozę Henryka Sienkiewicza, fragmenty Pana Tadeusza Adama Mickiewicza. Odbywały się też wycieczki do okolicznych lasów, które związane były ze świętem lasu. Dzieci dostawały wówczas prowiant na cały dzień.

Kierownik często planował działania, aprobował propozycje koleżanek i kolegów, wspierał ich realizację. Tak postrzegał swoją rolę, o czym czasami opowiadał.

Sięgnęłam do dostępnych źródeł i wymieniłam tylko niektóre przedsięwzięcia z tamtego okresu. Niemniej jednak wnioski nasuwają się same – bogactwo i różnorodność inicjatyw w okresie powojennym niewątpliwie wynikała z możliwości, jakie stwarzała sytuacja wywalczonej wolności.

Za ten powojenny okres działalności Franciszek Kurowski w 1950 roku otrzymał bardzo wysoką ocenę swojej pracy, którą wystawił i podpisał inspektor szkolny – pan Ludwik Kończal. Pozwolę sobie przytoczyć jej obszerne fragmenty: „Od 4 lipca 1945 roku pracuje w tutejszym powiecie jako kierownik szkoły podstawowej w Drezdenku. Szkołę tę organizował od podstaw, wkładając wielki wysiłek w przezwyciężaniu wszelkich trudności. Dzięki wytrwałym wysiłkom kierownika z roku na rok szkoła wzbogacała się w sprzęt szkolny i pomoce naukowe. Pracownia fizyko – chemiczna jest już dość dobrze zaopatrzona w potrzebne przyrządy i pomoce naukowe. Pracownia biologiczna z każdym dniem wzbogaca się w nowe pomoce szkolne. Salę gimnastyczną odnowiono. Cała szkoła jest zradiofonizowana. Księgozbiór w bibliotece szkolnej szybko rośnie, obecnie przekracza już 1000 tomów. Szkoła w Drezdenku jest największą w powiecie, uczy w niej 13 sił. Franciszek Kurowski jako dobry opiekun nauczycieli niekwalifikowanych, potrafił ich zachęcić do szybkiego zdobycia kwalifikacji i to mu się w zupełności udało, gdyż mają oni w nim serdecznego opiekuna i dobrego, fachowego doradcę.  Wymieniony wykazuje duże zdolności organizacyjne. Jako specjalista matematyk zna dobrze program, dobrze realizuje go i osiąga dobre wyniki. Jest konsultantem Okręgowego Ośrodka Dydaktyczno – Naukowego Matematyki w Poznaniu. Dobrze wywiązał się ze swej roli jako konsultant.

Jest od samego początku prezesem Oddziału Powiatowego Związku Nauczycielstwa Polskiego i pracą związkową dobrze kieruje.

Bierze żywy i aktywny udział w życiu społecznym swego miasta. Jest przewodniczącym Miejskiej Rady Narodowej w Drezdenku. Należy do grona najlepszych aktywistów ZSL. Oceniając pracę Franciszka Kurowskiego, trzeba przyznać, że nigdy nie zrażał się żadnymi trudnościami, zawsze wydawał z siebie maksimum wysiłku i solidnej pracy.”

Zmieniała się rzeczywistość. W Drezdenku funkcjonowało już Gimnazjum i Liceum Powiatowe, którego organizatorem był polonista Cyryl Priebe. W latach 1945/1946 placówka ta ulokowana była w gmachu szkoły podstawowej, której kierownikiem i nauczycielem matematyki był Franciszek Kurowski. W roku szkolnym 1946/1947 wyremontowano budynki w lesie miejskim, tam właśnie od 1947 roku przeniesiono młodych ludzi. Od  roku szkolnego 1948/1949 szkoła otrzymała statut państwowej. Taki krótki rys historyczny wydaje się być niezbędnym, by uzmysłowić sobie zakres przemian zachodzących w szkolnictwie Drezdenka. Zmieniali się dyrektorzy szkoły. Do września 1962 roku, kiedy dyrektorem został Edward Urban, dziesięć osób próbowało uporać się z pełnieniem tej funkcji. W 1951 roku zaproponowano objęcie tego stanowiska Franciszkowi Kurowskiemu. Ów doświadczony nauczyciel: „Na skutek niewłaściwego stosunku młodzieży do spraw szkolnych” nie przyjął tego urzędu. Wybrał inną drogę. Postanowił realizować się jako nauczyciel matematyki. Wyjechał do Katowic, by ukończyć pięciomiesięczny Kurs Przysposobienia Zawodowego Nauczycieli Szkół Średnich.

W 1954 roku Franciszek Kurowski uzyskał dyplom Państwowej Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Gdańsku w zakresie matematyki. Jako specjalista w tej dziedzinie był konsultantem Okręgowego Ośrodka Dydaktyczno – Naukowego Matematyki w Poznaniu. Do emerytury, tj. do 1970 roku nie zmieniał już miejsca pracy, ponieważ  nauczanie ulubionego przedmiotu oraz działania wychowawcze dawały mu satysfakcję.

Był człowiekiem niezwykle aktywnym, o czym świadczyć może zakres podejmowanych obowiązków zawodowych. Oprócz pracy dydaktycznej (nauczanie matematyki w liceum dziennym i wieczorowym) od 1962 roku do 1970 roku pełnił dodatkowo funkcje kierownika i wychowawcy internatu. Swoją postawą zawsze dawał właściwy przykład uczniom. W mojej pamięci zachowało się pewne zdarzenie, kiedy w klasie pierwszej liceum byłam przewodniczącą i do moich obowiązków należało składanie raportu na codziennym apelu. W ostatniej chwili dobiegłam na plac apelowy i nie zdążyłam zapiąć mundurka (taki strój wówczas obowiązywał). Raporty w tym dniu odbierał prof. Kurowski. Stanęłam w szeregu i już miałam meldować, jaki jest stan klasy, kiedy prof. podszedł do mnie i bez słowa zaczął zapinać mój mundurek. Osłupiałam, zaniemówiłam, można powiedzieć zdębiałam. Kiedy już wszystkie guziki zostały zapięte, usłyszałam tylko polecenie – Teraz melduj! Od tamtej pory nie zdarzyło mi się nic podobnego – nie spóźniałam się na apele i zawsze zapinałam guziki. Odnosząc się do tej sytuacji po latach wiem, że tylko osobisty przykład ma wychowawczą wartość. Wymagając od uczniów, zawsze pozostawał wzorem, gdyż był wymagający wobec siebie. Przez 20 lat pracy w liceum przeegzaminował na maturach setki uczniów, jako wychowawca starał się nieść pomoc tym, którzy jej potrzebowali. Przy tym był niezmiernie sprawiedliwy. Liczyło się dla niego wykształcenie tych, którymi się opiekował. Twierdził zawsze, że przepustką na życie nie jest majątek, lecz ukończone szkoły. Tej zasadzie zawsze był wierny, co przekładało się na wymagania w tym obszarze wobec swoich pięciorga dzieci: Ludomiry, Grażyny, Władysławy – Jadwigi, Lecha i Piotra.

Prof. Stanisław Gorbaczewski, opisując drogę zawodową swojego kolegi, nazywa go: „Tytanem pracy”. Tak właśnie było w rzeczywistości, ponieważ oprócz pracy dydaktycznej i wychowawczej Franciszek Kurowski udzielał się społecznie. Zawsze bliskie były mu sprawy środowiska zawodowego, dlatego też od 1939 roku był członkiem Związku Nauczycielstwa Polskiego oraz czynnym działaczem tejże organizacji. Przeszło 10 lat piastował urząd prezesa Oddziału Powiatowego ZNP.

Nie tylko interesowały go problemy związane ze szkołą, o czym świadczyć może zaangażowanie w życie lokalnej społeczności. Prof. Franciszek Kurowski przez wiele lat był radnym w Drezdenku. Przez jeden rok pełnił także obowiązki przewodniczącego Miejskiej Rady Narodowej w tymże mieście, jak również ławnika w sądzie powiatowym. Aktywność ta wynikała z poczucia odpowiedzialności za rozwój ukochanego miejsca zamieszkania, za ład, porządek i sprawiedliwość.

 Dodać należy, że był również  członkiem i aktywistą Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego. W kręgu jego zainteresowań znajdowały się sprawy związane z rozwojem rolnictwa. Mnóstwo czasu poświęcał zagadnieniom związanym z tą dziedziną życia. Na terenie Drezdenka zorganizował  Kółko Rolnicze i aż do śmierci pełnił funkcję jego prezesa.

Za pracę zawodową i społeczną Franciszek Kurowski został odznaczony: 22 lipca 1958 roku Uchwałą Rady Państwa – Złotym Krzyżem Zasługi, 13 listopada 1959 roku Uchwałą Plenum Zarządu Głównego Związku Nauczycielstwa Polskiego – Złotą Odznaką ZNP, 9 listopada 1967 roku Uchwałą Rady Państwa – Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.

Sądzę, że należy ocalić od zapomnienia, przedstawić następnym pokoleniom, zapisać w pamięci takich ludzi jak prof. Franciszek Kurowski. Oni bowiem kształtowali rzeczywistość, w której żyjemy, budowali w nas wiarę w możliwość przemian, czynili nas lepszymi ludźmi, uczyli patrzeć na świat z optymizmem, dawali możliwość rozwoju. Absolwentka LO z 1964 roku Elżbieta Maćkowska – Lembicz o swoim wychowawcy pisze: „(…) niezapomniany Franciszek Kurowski (…) traktował nas dobrotliwie, serdecznie, choć matematycznych asów wśród nas nie było. Mówił, że staranne zapisy cyfr, dobry rysunek, przejrzysty, to połowa powodzenia w uzyskaniu właściwego wyniku. Porządek, to jest to. Był lubiany (…)”

Powrócę jeszcze do wypowiedzi prof. Stanisława Gorbaczewskiego – mojego wspaniałego rusycysty, który swojego nauczyciela, a później kolegę wspominał: „ (…) pierwszego września 1957 roku zgłosiłem się do pracy. W pokoju nauczycielskim tylko jedna kobieta, męskie grono – pomyślałem. Dyrektor przedstawił mnie przyszłym kolegom, a następnie rozpoczął ich prezentację, zaczynając od najstarszego w gronie: kolega Franciszek Kurowski – uścisnąłem podaną dłoń dużą, mięsistą.

 – Przecież to mój nauczyciel matematyki – zauważyłem.

 – Czy pan mnie poznaje, panie profesorze? Byłem pańskim uczniem.

Profesor nie pamiętał, uczył mnie tylko pół roku, ale to właśnie przed nim zdawałem maturę z matematyki, teraz mówi do mnie – kolego. Pamiętam go dobrze, wydaje mi się nieco niższy albo ja urosłem, obu nam przybyło sześć lat. Profesor jest krępy, barczysty jak pień dębu, mocno trzymający się ziemi. Głowa przyprószona srebrzyście i młode, nie pięćdziesięcioparolatka oczy niebieskie, uśmiechnięte.

Były to lata, kiedy pasjonowałem się historią i właśnie w profesorze Franciszku Kurowskim znalazłem wspaniałego dyskutanta. Bo też profesor był żywą historią okresu międzywojennego i lat okupacji.

Przez młodzież szanowany i bardzo lubiany, nazywali go „Misiem”, duży, powolny i taki kochany”.

Wychowankowie z roku 1958

Wychowankowie z roku 1958

 

Uczniowie Liceum Ogólnokształcącego z wychowawcą, absolwenci 1971 roku

Uczniowie Liceum Ogólnokształcącego z wychowawcą, absolwenci 1971 roku

Taki właśnie kochany, życzliwy, ale też bardzo wymagający od siebie i od innych był dla nas wszystkich – uczniów, kolegów z pracy, rodziny, żony, swoich pięciorga dzieci, przyjaciół, znajomych. Odszedł od nas w styczniu 1974 roku, ale na zawsze pozostanie w naszej pamięci.

Chciałabym Jemu i innym wspaniałym pedagogom z całego serca podziękować, cytując fragment wiersza K. I. Gałczyńskiego Wiersz o wielkiej wdzięczności:

„(…) Ja w tym wierszu wypowiadam całego siebie

Dla Was i o Was, nauczyciele;

fizycy i matematycy,

poloniści i biologowie, pochwałę Waszej pracy

śpiewam w gorącym słowie.

Bezmierny mój dług wdzięczności

więc strof mi potrzeba jak w słońcu grająca kropla,

żeby po całym kraju rozsławił się, rozgłosił

wysiłek nauczyciela.

Jakże nie pisać wiersza,

jakże nie płonąć w podzięce

za światło, co się rozszerza,

za dar najpiękniejszy, za wiedzę!”

  Irena Kurowska

 

Brak komentarzy

ZOSTAW KOMENTARZ

POPULARNE